Świadectwo z 15 marca 2020 r.

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

     Mam na imię Małgorzata. Pochodzę z parafii Najświętszej  Marii Panny Matki Kościoła w Rząśniku. Pragnę  podzielić się z wami świadectwem otrzymanych łask dzięki wstawiennictwu Św. Rocha i Matki Bożej Pompejańskiej.

     Zacznę od tego, że 2 października 2019 r. mąż przeszedł zabieg laparoskopowy zmniejszenia żołądka. Następnego dnia wyszedł ze szpitala do domu i czuł się bardzo dobrze. Wydawało nam się, że wszystko jest w porządku. Dopiero w piątej dobie po zabiegu poczuł się źle. Udaliśmy się do lekarza rodzinnego, tam jego stan z minuty na minutę się pogarszał. Karetką został przewieziony do szpitala w Wyszkowie, a  stamtąd po wstępnych badaniach do Ciechanowa. O godzinie 22 lekarze zaczęli operować mojego męża. Po operacji lekarz powiedział mi, że usunięto mu śledzionę, na której był krwiak, prawdopodobnie powikłanie po pierwszym zabiegu. Dodał też, że jego stan jest poważny i że to będzie cud jeśli nie dojdzie do zakażenia.

     8 października we wtorek, ordynator OIOMu  poinformował mnie, że stan Sylwka jest bardzo poważny i muszę przygotować się na najgorsze. Nerki nie podjęły pracy wszystkie inne parametry są niestabilne. Mąż jest  w stanie wstrząsu septycznego. Podano mu antybiotyki, jest w śpiączce farmakologicznej i możemy tylko czekać na cud. Tego dnia o godz. 18-tej grupa Jerycho rozpoczęła modlitwę w jego intencji, a ja Nowennę Pompejańską. Modlili się wszyscy z rodziny, przyjaciele, osoby obce, znajomi moich dzieci i rodziny.  Tego dnia modlili się wierzący i niewierzący. Każdy tak jak umiał. To był prawdziwy szturm do nieba.

     Następny dzień rozpoczęłam o godz. 4 rano. Modliłam się na różańcu prosząc Matkę Najświętszą aby Sylwek żył. Na porannej Mszy Św. ze łzami w oczach błagałam Miłosiernego Boga o łaskę zdrowia dla niego. W drodze do szpitala odmawiałam różaniec na przemian  z wezwaniem „Jezu ufam Tobie” i „ Jezu Ty się tym zajmij” . Stan Sylwka się nie zmieniał. Lekarze nie dawali mi nadziei . Siedząc na korytarzu z różańcem w dłoni i głową między nogami pytałam Boga co mogę zrobić aby Sylwek do mnie wrócił. Nie pytałam z wyrzutem i pretensją dlaczego mnie to spotkało? Czułam, że muszę jeszcze coś zrobić.  W pewnej chwili usłyszałam wewnętrzny głos „szukaj kaplicy”. Stanęłam przed drzwiami, na których była informacja, że Msze Święte sprawowane są o 17-tej . W tym momencie była gdzieś godzina 10:30. Weszłam do środka, nad tabernakulum wisiał duży krzyż, a na nim umęczona postać Jezusa. Nikogo nie było w kaplicy. Zaczęłam płakać i półgłosem błagać  i  żebrać o łaskę uzdrowienia. Wtedy też pierwszy raz świadomie powiedziałam „Boże niech będzie Twoja wola, nie moja”. Z drżeniem w głosie mówiłam  „Boże jeśli chcesz dać mi taki ciężki krzyż, to będziesz musiał go ze mną  nieść, bez Sylwka nie dam rady żyć,  nie uniosę sama takiego ciężaru”. Kiedy się tak modliłam stanął przede mną ksiądz, chwycił mnie za rękę i zapytał co się stało?  Zaproponował sakrament namaszczenia chorych. Dotarło wtedy do mnie, że Bóg zaczyna działać.  Kapłan namaścił ciało Sylwka i udzielił mu rozgrzeszenia. Siedząc na korytarzu znowu poczułam, że muszę iść do kaplicy. Bóg chciał uzdrowić także i mnie.  Klęcząc w samotności przed Najświętszym Sakramentem przypomniałam sobie, że obiecywałam Bogu spowiedź z całego życia, ale zawsze ją odkładałam na inny, lepszy czas. Myślałam, że Licheń, Częstochowa albo Łagiewniki będą dobrym miejscem, a najlepszym czasem będzie niedziela Miłosierdzia Bożego. Usłyszałam wtedy po raz drugi głos, który mi mówił, że Pan Jezus nie może mi jeszcze w pełni pomóc . Jest blisko, ale jakby za szybą. Moje grzechy nie pozwalają mu zbliżyć się do mnie. Poczułam wtedy żal do samej siebie, że tyle czasu odkładałam tę spowiedź. I znów znak od Boga. Otworzyły się drzwi i wszedł ksiądz, którego nie powinno już tam być.  Poprosiłam o spowiedź z całego życia. Nie wiem ile czasu się spowiadałam, ale wiem, że wyznałam  najgorsze grzechy, których się wstydziłam. Nie mogłam opanować łez, płakałam jak małe dziecko. Po spowiedzi poczułam ulgę, jakby zdjęto ze mnie wielki ciężar. Zostałam w kaplicy. Nie modliłam się tylko słyszałam głos „nie martw się, ja go uzdrowię”. W moich uszach to zdanie brzmiało jak jakaś melodia, której niczym nie mogłam zagłuszyć i nie chciałam jej zagłuszyć. Po powrocie na OIOM pierwszy raz zobaczyłam jak Sylwek się poruszył, jak zaczął gryźć rurkę i na głos pielęgniarki, że ja tu jestem uspokoił się. W worku pojawiły się też pierwsze krople moczu, a wraz z nimi nadzieja.

     10 październik 2019 (czwartek) – poranna Msza Święta , różaniec w drodze do szpitala i błagalne modlitwy o uzdrowienie. W głowie tysiąc kłębiących się myśli co będzie jak jego zabraknie? Co będzie ze mną i dziećmi? Mamy firmę, kredyty, kto się tym zajmie?  Jak ja dam sobie radę? Przekraczając drzwi szpitala czułam jak wszystkie mięśnie na moim ciele spinają się, bałam się wejść na korytarz prowadzący na OIOM. Przed drzwiami  do pokoju lekarskiego stał ordynator, miałam wrażenie jakby na mnie czekał. Zaprosił mnie do środka i powiedział, że parametry życiowe się stabilizują, antybiotyk był trafiony i zaczął działać, nerki podjęły pracę i dziś będą Sylwka wybudzać. Tego dnia mój mąż urodził się po raz drugi. Wtedy jego szare, zmęczone i  smutne oczy były najpiękniejszym widokiem jaki mogłam ujrzeć.

    W trakcie pobytu w szpitalu przeżyliśmy wiele ciężkich chwil. Kolejną chorobę, zapalenie trzustki, a także  nieszczelność żołądka. Pobyt w szpitalu przedłużył się do dwóch miesięcy. 13 listopada, w święto Matki Bożej Pompejańskiej, w trakcie modlitwy nachodziło mnie jakieś przeświadczenie, że już niedługo mąż wyjdzie ze szpitala. Cztery dni przed zakończeniem nowenny pompejańskiej 26 listopada Sylwek wrócił do domu.  Dziś wiem, że powrót Sylwka do zdrowia to był cud. Cud za wstawiennictwem  Matki Bożej Pompejańskiej, Św. Rocha. Cud wymodlony przez wielu ludzi. Po wyjściu ze szpitala, kartę chorobową oglądał profesor Paśnik z Warszawy i nie wierzył, że ten pacjent żyje. Powiedział, że z takiego stanu się nie wychodzi, to było najgorsze stadium sepsy, że to jest cud.

    Przez chorobę męża uświadomiliśmy sobie, że po tylu latach małżeństwa żyliśmy nie z sobą, a obok siebie. Wir pracy i pogoń za pieniędzmi oddaliły nas od siebie.  Myślę także, że poniekąd jego choroba wyzwoliła nas z naszych nałogów i przyzwyczajeń. Owocem tego cierpienia jest także to, że moja modlitwa wygląda teraz zupełnie inaczej. Wcześniej klepane paciorki różańca, obecnie stały się najpiękniejszą modlitwą. Za każdym Zdrowaś Maryjo mam wrażenie, że mówię „ Kocham Cię  Maryjo”. Rozważania tajemnic różańcowych towarzyszą mi przez całą modlitwę, a mój drewniany, pięknie polakierowany różaniec stał się matowy, tak jakby ktoś go zdarł papierem ściernym. Codzienna Msza Święta jest dla mnie najpiękniejszym czasem. Chwilą, w której mogę słuchać Mojego Pana, karmić się Jego Ciałem. W czasie adoracji Najświętszego Sakramentu moje serce zaczyna mocniej bić. To są wspaniałe momenty kiedy jestem blisko mojego Mistrza.  

    Na zakończenie chcę Wam powiedzieć, że Pan Jezus jest żywy i obecny wśród nas. Jeśli cierpisz i prosisz Chrystusa o cud, nie udzielaj Mu instrukcji obsługi, nie mów Mu jak On ma to zrobić. Oddaj cierpienie Bogu i bezgranicznie Jemu zaufaj, a On z całą swoją mocą rozwiąże najtrudniejsze sytuacje.

Bogu niech będą dzięki za ten krzyż i łzy.

    Chwała Panu.

                                                                                Małgorzata


Opublikowano

w

przez

Tagi: