Świadectwo III

Sadykierz, 22.11.2019

    Dzisiejszego wieczoru, tu przed Panem Jezusem, w obecności Św. Rocha chciałem złożyć świadectwo ludzkiej kruchości życia i wstawiennictwa Świętych.

    Moim pośrednikiem był św. Roch. To On, z całą grupą ludzi modlących się za Jego wstawiennictwem, wyprosił mi u Boga uzdrowienie.

    Był pierwszy piątek miesiąca, 5 lipca. Lipiec to miesiąc Krwi Chrystusa. Zaplanowany dzień, a nawet tydzień. Żadnych przeczuć, proroczych snów. Praca jak zawsze. Zbliżała się godz. 14.00, więc trzeba pospieszyć z pracą, bo do założenia zostały krokwie na budynku. I pośpieszyliśmy. Dziś wszyscy się spieszą i nie mają czasu. Od małego do starca, nikt nie ma czasu… Tylko, kto nam to wmówił? Pośpiech był przyczyną mojego wypadku – spadłem z wysokości 4 metrów i wszystkie moje plany legły w gruzach. Leżałem na kantówkach, na oczach moich bliskich i pracowników, bezradny…

Dziś mogę powiedzieć: Chcesz rozśmieszyć Pana Boga, to powiedz Mu o swoich planach.

 A ja miałem na sobotę wielkie plany, chciałem zdążyć…

Nie mogłem wstać, bo traciłem przytomność. Ok. 14.30 wieziono mnie do szpitala. Towarzyszył mi lęk, że nie będę chodził, ból i rozpacz. W szpitalu badania, prześwietlenie i diagnoza: pękniecie kręgu szyjnego, potłuczenia nóg…  

Byłem przerażony – Boże, co to będzie w sobotę!? Przecież miałem, jak co rocznie witać pątników 18 Pieszej Pielgrzymki z Ostrołęki przez Goworowo – Długosiodło – Rząśnik do Niepokalanowa w intencji „O trzeźwość narodu polskiego.” Chciałem uczestniczyć w tych uroczystościach i zabrać do domu na nocleg kilka osób. To było pragnienie mojego serca.

Można powiedzieć, że jestem weteranem Jerycha św. Rocha, więc nie zostałem sam w cierpieniu. O godz. 21.00 ruszyło Jerycho o moje uzdrowienie. Grupa się modliła, a ja leżałem w domu, na łóżku z bólem, który momentami był nie do zniesienia. Miałem problemy z poruszaniem nogami i częściowo rękami. Każde podniesienie głowy powodowało utratę przytomności. Noc mijała, a ból się nasilał. Rano wezwano karetkę. Podano mi zastrzyki… i co dalej człowieku… leż i płacz…

Modliłem się, prosiłem Pana Jezusa i Najświętszą Panienkę, abym mógł wstać i jechać do Rząśnika na powitanie Pielgrzymów. Człowiek w cierpieniu zaczyna dostrzegać inne wartości życia, te niewidoczne w pogoni dnia codziennego. Wszystko przecież mogło potoczyć się zupełnie inaczej…  Ludzie spadają z wysokości 1 metra i umierają, a ja z 4 m i takie małe obrażenia. Bóg ma plan dla każdego i dla mnie też miał… Odczułem łaskę wstawienniczą św. Rocha.

Mijały godziny bólu. Nie marnowałem go, ofiarowywałem za dusze czyśćcowe. W Koronce do Miłosierdzia Bożego prosiłem: Podnieś mnie Jezu! I podniósł! Nie mogłem dopuścić do siebie myśli, że nie wstanę.

Jerycho nadal trwa, jest godzina 16.30, zaczynam próbę wstawania. O 16.40 podniosłem się z łóżka i powolutku zacząłem stawiać nogi. Ku zdziwieniu rodziny i pracowników – wstałem. Ból był duży. Poszedłem na własnych nogach do samochodu, odpaliłem i pojechałem na uroczystości. Ból ustąpił jak weszła Pielgrzymka. Przywitałem ją, wziąłem udział we Mszy św. Wiara czyni cuda i w tym cudzie brałem udział. Po uroczystościach zabrałem kilku pielgrzymów na nocleg, bo jak Gość w dom, to Bóg w dom

Dziękuję Ci św. Rochu, mój orędowniku, za to, że gromadzisz ludzi modlitwy; za chorych, cierpiących. A sam zanosisz nasze błagania przed Boga tron. Twoje Jerycho to telegram do nieba, a my jesteśmy czcionkami.

Nie spieszmy się, miejmy czas na modlitwę, na drugiego człowieka i adorację Jezusa w Najświętszym Sakramencie.

Boży plan jest dla każdego z nas często inny niż ten nasz zaplanowany, ale powinniśmy go odkrywać i żyć zgodnie z wolą Bożą, bo Ona jest dla nas najlepsza.

Cóż więcej pisać, chwała PANU!!!

                                                                                                                                       Zbyszek


Opublikowano

w

przez

Tagi: