Świadectwa


Świadectwo z 16 sierpnia 2020 r.


Witam

Słowem wstępu niech będzie to, że moim rodzicom zawdzięczam niesamowicie dużo. Mama zawsze powtarzała, że wychowała nas ,,biednie, ale wesoło". Fakty są takie, że będąc młodą nie miałam ciuchów jak koleżanki, a czasem brakowało w domu pieniędzy na podstawowe rzeczy. Nie brakowało za to miłości rodzicielskiej, przytulenia, uwagi, czy słów ,, Córcia, co się martwisz. jak razem to jakoś damy radę”. Rodzice są po dziś dzień moimi przyjaciółmi, wsparciem i powiernikami. Chodź dzieli nas 200 km i czasem dorosłe już dzieci odkładają rodziców w kąt, bo są zajęte karierą i lepszym życiem, ja nie wyobrażam sobie dnia bez telefonu do domu rodzinnego, żeby zapytać co słychać i jak im minął dzień.


    Podczas jednego z telefonów mama opowiedziała mi, że idą z tatą na badania, że mam się nie martwić, bo to tylko okresówka do pracy. Powiedziała, że lekarz zlecił dodatkowo zbadać hormon prostaty. Zapytałam czy tata ma jakieś objawy, coś nie tak? Mama odpowiedziała, że nie, tylko doktor powiedział, że to już ten wiek. Po badaniu i odebraniu wyników głos mamy w słuchawce nie był już tak pozytywny jak zawsze. ,, Córcia ja nie wiem jak Ci to powiedzieć,ale tato ma raka.” Powiedziałam mamie żeby nie mówiła bzdur, bo jemu nic nie jest. Może to pomyłka, bo tata nic nie czuje. Nie ma żadnych objawów. Człowiekowi wydaje się czasem, że jak czemuś zaprzeczy, to tego nie ma, że jak jutro się obudzę i zadzwonię to może okazać się inaczej.

    Po pozostałych badaniach i biopsji okazało się, że to nowotwór złośliwy. Tato po biopsji bardzo gorączkował i mama musiała wzywać karetkę. Rokowania były takie sobie. Skierowanie na operację i czekanie....

    To czekanie było najgorsze. Starałam się jak najczęściej być u rodziców. Jeździłam do taty do Skarżyska, wspierałam go jak się dało, ale kiedy wracałam do Ciółkowa zwyczajnie płakałam z bezsilności. Nie pomagało wyciągnięcie taty na koncert, wizyta mojego znajomego, który od kilku lat żyje z nowotworem prostaty. Nic taty nie cieszyło. W międzyczasie na ten nowotwór zmarł taty sąsiad i kolega, a wykryli mu go zaledwie pół roku wcześniej.

    Wtedy opowiedziałam rodzicom o Sadykrzu i przypadku naszego Księdza Proboszcza. Namawiałam tatę żeby przyjechał i się pomodlił. Mój tato nigdy nie był pobożny. Chodzi do kościoła ,,od święta". Raz nawet usłyszałam: ,,A co Ty się na tej wsi taka ,, kościelna" zrobiłaś? Odpowiedziałam, że owszem się zrobiłam, bo tu jest inaczej, że u nas chce się chodzić do Kościoła, bo nie ma w nim polityki, nadęcia, dzielenia ludzi na lepszych i gorszych. Jest jedność, modlitwa,wspieramy się. U nas we wsi Księża są inni. Zresztą co ja będę tacie mówić, jak tato przyjedzie to sam zobaczy.

    Niestety tato dalej trwał przy swoim. Jestem uparta i opracowałam z mamą plan. Zaplanowałam odwiedziny rodziców zamiast od soboty to od piątku wieczora. Byłam tego dnia w pracy, wiec mój mąż miał bojowe zadanie podrzucić rodziców do Sadykrza pod pozorem, że pokaże im fajne miejsce. Tak też zrobiliśmy. Dałam znać do Pani Marysi o swoim planie i wpisała tatę do księgi. To było spotkanie w lutym tego roku. Kiedy wróciłam z pracy otworzyły się drzwi. Od progu tata opowiadał podekscytowany o spotkaniu, o świadectwie, o tym jak Ksiądz czytał księgę i wyczytał jego intencję, o Siostrze Zakonnej, która zapytała po mszy czy tata przyjechał z daleka,o chlebkach, o całowaniu Relikwii. ,,Nie wiedziałem, że tu jest takie coś, trzeba będzie babcię przywieźć." Wreszcie się uśmiechał...

Nastał Koronawirus. Na szczęście operacje onkologiczne nie zostały odwołane. Nie było mnie przy tacie, bo nie wpuścili nawet mamy do szpitala. Byłam za to w Sadykrzu. Modliliśmy się o ustanie zarazy. Ja modliłam się jeszcze mocniej za taty operację. Modliłam się kiedy Ksiądz transmitował przez internet, modliłam jadąc do pracy w samochodzie. Ufałam,czułam spokój.


Mija 5ty miesiąc od operacji. Z poziomu hormonów 21 jednostek u taty jest 0,059. Norma to 4. Nowotwór został w całości usunięty i wszystkie badania wskazują na to, że tato jest zdrowy. Kiedy słyszycie to co tu napisałam ja jestem z Tatą nad morzem. Pewnie się tu o wszystko z nim spieram, bo uwielbiam z nim dyskutować. O jedno się już nie spieramy. Tato już mnie nie pyta czemu tu na wsi tak często chodzę do Kościoła, czemu się modlę. On już teraz wie. Myślę, że jego serce też się odmieniło. Wiem, że jeśli zaplanujemy wspólnie weekend to od piątku, żeby pojechał ze mną i modlił się za innych. Bez gadania i namawiania, bez podstępów. Modlił się żeby Pan Bóg i Święty Roch pomogli komuś innemu tak jak pomogli nam. Czytałam ostatnio fajny cytat : ,, Nieważne ile nie dzwoniłeś, pamiętaj, że Pan Bóg zawsze odbierze i nigdy nie jest zajęte" i tym cytatem warto podsumować wszystko co tu napisałam. Dziękuję Ci Panie Boże...


Na koniec dziękuję wszystkim, którzy się modlili. Dziękuję Pani Marysi, że zawsze jest na posterunku. Dziękuję naszemu Proboszczowi, że ma ogromne serce. Przez te spotkania daje nam spokój i nadzieję. Kiedy wychodziłam z Kościoła po tej modlitwie w marcu, podszedł do mnie, przytulił mnie tak spontanicznie i mówi ,,Jak tam dziewczyno Twoje sprawy?" Pewnie nawet nie wiedział co przeżywam i jak wtedy tego przytulenia potrzebowałam. Jest Ksiądz wyjątkowym człowiekiem i mówi nam często, że warto się przytulać, a zwłaszcza do Maryi.



Przytulam Was Ania






Świadectwo z 22 maja 2020 r.


Szczęść Boże,

     długo zwlekałam z napisaniem świadectwa, ale myślę, że nadeszła już pora. Zbliża się piękny dzień – Dzień Matki. Dla każdej matki najważniejsze są jej dzieci. Mam troje fantastycznych dzieciaków. Najmłodsza Marysia ma 5 miesięcy i to właśnie z nią związane jest moje świadectwo.

     Ale może zacznę od początku.

     Z początkiem roku 2019 bardzo źle się czułam. Zawroty głowy, brak siły, anemia itp. Po zrobieniu badań okazało się, że jestem w ciąży. Bardzo z mężem się ucieszyliśmy. Jednak nasza radość nie trwała długo, ponieważ po wynikach badań okazało się, że nasze dziecko będzie chore – zespół Downa, to jeden z najmniejszych problemów z jakim mieliśmy się zmierzyć po porodzie. Torbiel mózgu, wodogłowie, wady układu moczowego i prawdopodobnie wada serca. Z tym wszystkim nasze maleństwo miało żyć po przyjściu na świat. Nie ukrywam, że przez cały czas towarzyszył nam strach i załamanie. Proponowano nam aborcję, bo jak określił jeden z lekarzy, to będzie „dziecko nieszczęścia”. Jednak postanowiliśmy przyjąć wszystko, co Bóg nam da.

     Gdy kolejne badania nie dawały szans i cienia nadziei, że będzie dobrze, moja przyjaciółka w porozumieniu z panią Marią, zorganizowały Jerycho za wstawiennictwem św. Rocha za nasza małą córeczkę. My również bardziej zbliżyliśmy się do Boga i Maryi. Całą rodziną modliliśmy się o cud dla naszego dziecka. Nie tylko rodzina – dziadkowie, rodzeństwo, przyjaciele, ale też całkiem obcy ludzie – członkowie Jerycha, walczyli o tę bezbronną istotkę.

     Pewnego dnia zadzwoniła do mnie pani Maria i powiedziała: „Nie martw się, Ewa, ty urodzisz zdrową dziewczynkę, to będzie nasze maleństwo – św. Rocha, zobaczysz”. Płakałam ze wzruszenia. Zostało nam jedyne najważniejsze badanie – decydujące o naszym dziecku. Na wynik czekałam trzy tygodnie. Ale nie sama; razem ze ,mną czekali wszyscy ludzie Jerycha trwający na modlitwie.

     Po trzech tygodniach trzęsącymi się rękami otwieraliśmy kopertę z wynikiem badań. Nasza radość nie miała końca. Po wszystkich wadach i schorzeniach nie było śladu. Urodziła nam się piękna i zupełnie zdrowa dziewczynka. Daliśmy jej na imię Marysia. To cud, za który będziemy dziękować Panu Bogu, Maryi, św. Rochowi, pani Marii i wszystkim ludziom Jerycha św. Rocha, którzy modlitwą walczyli o naszą dziecinę.

     Dziękujemy z całego serca.

                                                                                  Ewa z mężem





Świadectwo z 17 kwietnia 2020 r.


Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

     Nazywam się Bożena Tyszkiewicz. W Jerychu Św. Rocha jestem od samego początku. Pani Marysia zaproponowała mi w grudniu 2017 roku modlitwę w Jerychu różańcowym w intencji o uzdrowienie księdza proboszcza Cezarego. Chętnie podjęłam modlitwę ponieważ modlitwa różańcowa jest i była dla mnie bardzo ważna. Zawsze w trudnych chwilach mojego życia modliłam się na różańcu. Modlitwa ta przynosi mi wewnętrzny spokój i wierzę, ze Matka Najświętsza pomoże mi wyprosić potrzebne łaski i rozwiązać najbardziej skomplikowane sprawy. Wierzę w moc modlitwy różańcowej w intencji osób, które potrzebują wstawiennictwa Matki Bożej u swojego syna Jezusa Chrystusa.

      W dniu  dzisiejszym chciałabym podzielić się świadectwem potęgi modlitwy Koronka do Miłosierdzia Bożego i modlitwy za wstawiennictwem Św. Rocha.

     Z koronką do Miłosierdzia Bożego po raz pierwszy zetknęłam się w 1993 roku, kiedy to zachorował mój 3 letni synek na zespół nerczycowy. Był leczony w Centrum Zdrowia Dziecka. Przewieziono nas w nocy ze szpitala w Wyszkowie, ponieważ w tym szpitalu nie było nefrologa. Rano poszłam do lekarza prowadzącego aby uzyskać jakieś informacje na temat choroby i rokowań. Lekarz powiedział, ze przyczyna choroby nie jest znana a co do rokowań jest za wcześnie, że leczenie jest bardzo trudne i długie a w najlepszym wypadku pierwsza hospitalizacja trwa kilka tygodni. Nawroty są bardzo częste co może doprowadzić do niewydolności nerek a co za tym idzie dializy a nawet przeszczep nerek. Rozpłakałam się  bo nie wiedziałam czy sobie z tym wszystkim poradzę. W domu zostało troje małych dzieci a ja nie wyobrażałam sobie zostawić małego dziecka samego na kilka tygodni w szpitalu. Ne mogłam  również pozwolić sobie na tak długi pobyt w szpitalu. Musiałam pracować i zająć się  pozostałymi w domu dziećmi ponieważ mąż z jednej pensji nie był  w stanie sam utrzymać 6- osobowej rodziny. Po powrocie od lekarza w szybie w sali

w której przebywało moje dziecko zobaczyłam obrazek Jezusa Miłosiernego, którego wcześniej nie  zauważyłam. Wzięłam go do reki a na odwrocie była Koronka do Miłosierdzia Bożego i dopisek „ Módl się do Niego a na pewno ci pomoże”.Zapewne napisała  to matka , która wcześniej była tam z chorym dzieckiem. Przylgnęłam do tej modlitwy, odmawiałam ją  na zmianę z różańcem.  Po tygodniu pobytu w szpitalu lekarz powiedział, że leczenie przebiega bardzo dobrze i jeżeli dziecko zacznie brać tabletki doustnie będziemy mogli  wyjść do domu . Było to bardzo trudne ponieważ tak małe dziecko musiało przyjmować  jednorazowo 14 tabletek . Znów się modliłam , udało się i znalazłam  sposób aby podać mojemu dziecku tak duża ilość leków. Po dziesięciu dniach lekarz poinformował mnie że jest duża  poprawa, wyniki są prawidłowe i możemy wyjść do domu. Zaznaczył jednak, że  muszę mieć świadomość częstego wykonywania badań laboratoryjnych i częstych wizyt kontrolnych w Warszawie. Dziękowałam Jezusowi Miłosiernemu i Matce Najświętszej za pomoc. W ciągu roku jeszcze tylko raz mój syn  przebywał w szpitalu. Rok później ksiądz proboszcz Andrzej Niesłuchowski zorganizował pieszą pielgrzymkę w przeddzień

odpustu Św. Rocha w Sadykrzu. Przybliżył nam postać Świętego, mówił o uzdrowieniach za jego przyczyną. Wzięłam mojego synka  na ręce i zaniosłam do Św. Rocha,  aby błagać go o zdrowie dla mojego dziecka. Mój syn nie wyzdrowiał od razu ale nawroty choroby były coraz rzadsze , leczony był ambulatoryjnie więc  kolejne pobyty w szpitalu  nie były już konieczne . Od tej pory co roku cała rodziną byliśmy na Mszy odpustowej ku czci Św. Rocha a ja w przeddzień odpustu chodziłam pieszo aby modlić się i dziękować Św. Rochowi za pomoc.

Po raz drugi Św. Roch pomógł mi kiedy po  zabiegu operacyjnym w szpitalu w Pułtusku na skutek błędu lekarskiego doszło do niewydolności nerki, która przestała pracować. Zachorowałam wtedy na sepsę i w ciężkim stanie z wysoka gorączka i niedokrwistością dużego stopnia przewieziono mnie do szpitala w Ciechanowie. Było to w piątek po południu a w niedzielę był odpust w Sadykrzu ku czci Św. Rocha. Mój mąż z ósemka dzieci gdzie najmłodsze miało 2 latka poszedł na ten odpust aby prosić Św. Rocha o zdrowie dla mnie. Mąż i starsze dzieci przystąpiły do spowiedzi i  komunii Świętej. Święty Roch odwzajemnił się im za ich szczerą modlitwę bo kiedy mój mąż przyjechał do mnie tego dnia w odwiedziny czułam się już bardzo  dobrze jakbym nigdy nie była chora. Po pobraniu krwi moje wyniki były na tyle dobre a stan zapalny się cofnął, że po 10 dniach zostałam wypisana do domu.  Oczywiście nerka nie pracowała prawidłowo. Zrobiono mi nefrostomię i mocz spływał na zewnątrz do worka. Czekała mnie kolejna operacja udrożnienia moczowodu.

Nie było to to jednak dla mnie straszne, ważne że żyłam i że mogłam wrócić do domu  i do rodziny.

Zaraz w niedzielę poszłam na Mszę Świętą do kościoła by podziękować za odzyskane zdrowie.

Do szpitala miałam się zgłosić z końcem listopada  celem zakwalifikowania do zabiegu.  W przeddzień wizyty zauważyłam,że do worka nie spływa mocz. Wystraszyłam się ,że nerka znów przestała pracować. Modliłam się przez cała noc i nie mogłam się doczekać rana. Na wizycie lekarz

po wykonaniu USG stwierdził, że jestem zdrowa a nerka podjęła prawidłową pracę. Moczowód udrożnił się a planowana operacja nie jest już konieczna. Dodał również, że to co mi się przydarzyło jest raczej  niemożliwe i wskazując na wiszący na ścianie krzyż stwierdził ,że „muszę mieć tam dobre układy”

Do dziś  czuję opiekę Jezusa Miłosiernego i Matki Najświętszej i dziękuję im za to w codziennej modlitwie. Dziękując Św. Rochowi staram się  uczestniczyć we wszystkich nabożeństwach ku czci Św. Rocha  a za jego wstawiennictwem modlić się o potrzebne łaski dla innych, którzy potrzebują. jego wsparcia w różnych potrzebach.

   Nie wyobrażam sobie  nie uczestniczyć w niedzielnej Mszy Świętej, mam potrzebę podziękować Bogu za szczęśliwie przeżyty tydzień oraz za moja cudowna rodzinę.

                                                                                                                                                                                                            Bożena





Świadectwo z 15 marca 2020 r.


Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

     Mam na imię Małgorzata. Pochodzę z parafii Najświętszej  Marii Panny Matki Kościoła w Rząśniku. Pragnę  podzielić się z wami świadectwem otrzymanych łask dzięki wstawiennictwu Św. Rocha i Matki Bożej Pompejańskiej.

     Zacznę od tego, że 2 października 2019 r. mąż przeszedł zabieg laparoskopowy zmniejszenia żołądka. Następnego dnia wyszedł ze szpitala do domu i czuł się bardzo dobrze. Wydawało nam się, że wszystko jest w porządku. Dopiero w piątej dobie po zabiegu poczuł się źle. Udaliśmy się do lekarza rodzinnego, tam jego stan z minuty na minutę się pogarszał. Karetką został przewieziony do szpitala w Wyszkowie, a  stamtąd po wstępnych badaniach do Ciechanowa. O godzinie 22 lekarze zaczęli operować mojego męża. Po operacji lekarz powiedział mi, że usunięto mu śledzionę, na której był krwiak, prawdopodobnie powikłanie po pierwszym zabiegu. Dodał też, że jego stan jest poważny i że to będzie cud jeśli nie dojdzie do zakażenia.

     8 października we wtorek, ordynator OIOMu  poinformował mnie, że stan Sylwka jest bardzo poważny i muszę przygotować się na najgorsze. Nerki nie podjęły pracy wszystkie inne parametry są niestabilne. Mąż jest  w stanie wstrząsu septycznego. Podano mu antybiotyki, jest w śpiączce farmakologicznej i możemy tylko czekać na cud. Tego dnia o godz. 18-tej grupa Jerycho rozpoczęła modlitwę w jego intencji, a ja Nowennę Pompejańską. Modlili się wszyscy z rodziny, przyjaciele, osoby obce, znajomi moich dzieci i rodziny.  Tego dnia modlili się wierzący i niewierzący. Każdy tak jak umiał. To był prawdziwy szturm do nieba.

     Następny dzień rozpoczęłam o godz. 4 rano. Modliłam się na różańcu prosząc Matkę Najświętszą aby Sylwek żył. Na porannej Mszy Św. ze łzami w oczach błagałam Miłosiernego Boga o łaskę zdrowia dla niego. W drodze do szpitala odmawiałam różaniec na przemian  z wezwaniem „Jezu ufam Tobie” i „ Jezu Ty się tym zajmij” . Stan Sylwka się nie zmieniał. Lekarze nie dawali mi nadziei . Siedząc na korytarzu z różańcem w dłoni i głową między nogami pytałam Boga co mogę zrobić aby Sylwek do mnie wrócił. Nie pytałam z wyrzutem i pretensją dlaczego mnie to spotkało? Czułam, że muszę jeszcze coś zrobić.  W pewnej chwili usłyszałam wewnętrzny głos „szukaj kaplicy”. Stanęłam przed drzwiami, na których była informacja, że Msze Święte sprawowane są o 17-tej . W tym momencie była gdzieś godzina 10:30. Weszłam do środka, nad tabernakulum wisiał duży krzyż, a na nim umęczona postać Jezusa. Nikogo nie było w kaplicy. Zaczęłam płakać i półgłosem błagać  i  żebrać o łaskę uzdrowienia. Wtedy też pierwszy raz świadomie powiedziałam „Boże niech będzie Twoja wola, nie moja”. Z drżeniem w głosie mówiłam  „Boże jeśli chcesz dać mi taki ciężki krzyż, to będziesz musiał go ze mną  nieść, bez Sylwka nie dam rady żyć,  nie uniosę sama takiego ciężaru”. Kiedy się tak modliłam stanął przede mną ksiądz, chwycił mnie za rękę i zapytał co się stało?  Zaproponował sakrament namaszczenia chorych. Dotarło wtedy do mnie, że Bóg zaczyna działać.  Kapłan namaścił ciało Sylwka i udzielił mu rozgrzeszenia. Siedząc na korytarzu znowu poczułam, że muszę iść do kaplicy. Bóg chciał uzdrowić także i mnie.  Klęcząc w samotności przed Najświętszym Sakramentem przypomniałam sobie, że obiecywałam Bogu spowiedź z całego życia, ale zawsze ją odkładałam na inny, lepszy czas. Myślałam, że Licheń, Częstochowa albo Łagiewniki będą dobrym miejscem, a najlepszym czasem będzie niedziela Miłosierdzia Bożego. Usłyszałam wtedy po raz drugi głos, który mi mówił, że Pan Jezus nie może mi jeszcze w pełni pomóc . Jest blisko, ale jakby za szybą. Moje grzechy nie pozwalają mu zbliżyć się do mnie. Poczułam wtedy żal do samej siebie, że tyle czasu odkładałam tę spowiedź. I znów znak od Boga. Otworzyły się drzwi i wszedł ksiądz, którego nie powinno już tam być.  Poprosiłam o spowiedź z całego życia. Nie wiem ile czasu się spowiadałam, ale wiem, że wyznałam  najgorsze grzechy, których się wstydziłam. Nie mogłam opanować łez, płakałam jak małe dziecko. Po spowiedzi poczułam ulgę, jakby zdjęto ze mnie wielki ciężar. Zostałam w kaplicy. Nie modliłam się tylko słyszałam głos „nie martw się, ja go uzdrowię”. W moich uszach to zdanie brzmiało jak jakaś melodia, której niczym nie mogłam zagłuszyć i nie chciałam jej zagłuszyć. Po powrocie na OIOM pierwszy raz zobaczyłam jak Sylwek się poruszył, jak zaczął gryźć rurkę i na głos pielęgniarki, że ja tu jestem uspokoił się. W worku pojawiły się też pierwsze krople moczu, a wraz z nimi nadzieja.

     10 październik 2019 (czwartek) – poranna Msza Święta , różaniec w drodze do szpitala i błagalne modlitwy o uzdrowienie. W głowie tysiąc kłębiących się myśli co będzie jak jego zabraknie? Co będzie ze mną i dziećmi? Mamy firmę, kredyty, kto się tym zajmie?  Jak ja dam sobie radę? Przekraczając drzwi szpitala czułam jak wszystkie mięśnie na moim ciele spinają się, bałam się wejść na korytarz prowadzący na OIOM. Przed drzwiami  do pokoju lekarskiego stał ordynator, miałam wrażenie jakby na mnie czekał. Zaprosił mnie do środka i powiedział, że parametry życiowe się stabilizują, antybiotyk był trafiony i zaczął działać, nerki podjęły pracę i dziś będą Sylwka wybudzać. Tego dnia mój mąż urodził się po raz drugi. Wtedy jego szare, zmęczone i  smutne oczy były najpiękniejszym widokiem jaki mogłam ujrzeć.

    W trakcie pobytu w szpitalu przeżyliśmy wiele ciężkich chwil. Kolejną chorobę, zapalenie trzustki, a także  nieszczelność żołądka. Pobyt w szpitalu przedłużył się do dwóch miesięcy. 13 listopada, w święto Matki Bożej Pompejańskiej, w trakcie modlitwy nachodziło mnie jakieś przeświadczenie, że już niedługo mąż wyjdzie ze szpitala. Cztery dni przed zakończeniem nowenny pompejańskiej 26 listopada Sylwek wrócił do domu.  Dziś wiem, że powrót Sylwka do zdrowia to był cud. Cud za wstawiennictwem  Matki Bożej Pompejańskiej, Św. Rocha. Cud wymodlony przez wielu ludzi. Po wyjściu ze szpitala, kartę chorobową oglądał profesor Paśnik z Warszawy i nie wierzył, że ten pacjent żyje. Powiedział, że z takiego stanu się nie wychodzi, to było najgorsze stadium sepsy, że to jest cud.

    Przez chorobę męża uświadomiliśmy sobie, że po tylu latach małżeństwa żyliśmy nie z sobą, a obok siebie. Wir pracy i pogoń za pieniędzmi oddaliły nas od siebie.  Myślę także, że poniekąd jego choroba wyzwoliła nas z naszych nałogów i przyzwyczajeń. Owocem tego cierpienia jest także to, że moja modlitwa wygląda teraz zupełnie inaczej. Wcześniej klepane paciorki różańca, obecnie stały się najpiękniejszą modlitwą. Za każdym Zdrowaś Maryjo mam wrażenie, że mówię „ Kocham Cię  Maryjo”. Rozważania tajemnic różańcowych towarzyszą mi przez całą modlitwę, a mój drewniany, pięknie polakierowany różaniec stał się matowy, tak jakby ktoś go zdarł papierem ściernym. Codzienna Msza Święta jest dla mnie najpiękniejszym czasem. Chwilą, w której mogę słuchać Mojego Pana, karmić się Jego Ciałem. W czasie adoracji Najświętszego Sakramentu moje serce zaczyna mocniej bić. To są wspaniałe momenty kiedy jestem blisko mojego Mistrza.  

    Na zakończenie chcę Wam powiedzieć, że Pan Jezus jest żywy i obecny wśród nas. Jeśli cierpisz i prosisz Chrystusa o cud, nie udzielaj Mu instrukcji obsługi, nie mów Mu jak On ma to zrobić. Oddaj cierpienie Bogu i bezgranicznie Jemu zaufaj, a On z całą swoją mocą rozwiąże najtrudniejsze sytuacje.

Bogu niech będą dzięki za ten krzyż i łzy.

    Chwała Panu.

                                                                                Małgorzata



Moje Świadectwo

Dzień 25.08.2018 r., sobota, rozpoczął się jak każdy inny. Przebywaliśmy z mężem w Karpaczu. Rano odmówiliśmy codzienną modlitwę do Przenajdroższej Krwi Jezusa Chrystusa i w Różańcu Zawierzenia Ojca Dolindo zawierzyliśmy naszą rodzinę i nas samych Matce Bożej i Panu Jezusowi. Spakowaliśmy bagaże i ruszyliśmy do domu. Za Wrocławiem dostaliśmy telefon od córki, że nasz trzydziestoletni syn Adaś jest nieprzytomny i w bardzo ciężkim stanie został przewieziony do Instytutu Kardiologii w Aninie. Dla nas cios prosto w serce - przecież był zdrowy, młody, miał trzyletniego synka, a za dwa tygodnie miał zostać ponownie ojcem. Nie pamiętam jak dojechaliśmy do Anina, modliliśmy się z mężem przez całą drogę. W głowie miałam jedną myśl, by jak najwięcej ludzi modliło się w intencji mojego syna. Gdy zobaczyliśmy go w szpitalu, pod tą całą specjalistyczną aparaturą, a Pani profesor zajmująca się nim powiedziała, że została nam tylko modlitwa, bo oni zrobili już wszystko, co w ich mocy, a jeśli syn odzyska przytomność najprawdopodobniej będzie rośliną, wiedziałam, że tylko On, mój Pan i Bóg może mu pomóc. Stojąc nad moim synem, za którego pracowały aparaty, zawierzyłam go, przez Niepokalane Serce Maryi, Panu Jezusowi. Powiedziałam "Panie Jezu, jeżeli taka jest Twoja wola i jest on Tobie potrzebny, weź go, ale jeżeli możesz, to zwróć go jego dzieciom". Pogodziłam się całkowicie z Jego wolą, oddałam go Jemu. Wróciliśmy z mężem nad ranem do domu. W niedzielę rano z całą rodziną i znajomymi, w Sanktuarium Świętej Rodziny w Wyszkowie modliliśmy się na Mszy Świętej w intencji syna, o jego powrót do zdrowia. Gdy wyszliśmy z kościoła zadzwoniła synowa, że Adam właśnie przed chwilą odzyskał przytomność. Pojechaliśmy do Instytutu. Już wtedy wiedziałam, że Pan mnie nie opuścił, że mnie wysłuchał. Od poniedziałku, codziennie, odprawiały się Msze Święte w intencji naszego syna. W poniedziałek moja siostra zadzwoniła i powiedziała mi o Jerychu Różańcowym do Św. Rocha . Nigdy o  nim nie słyszałam. Zaczęliśmy się modlić wraz z mężem o godzinie 15.00 przy łóżku naszego syna. W każdej godzinie modliło się bardzo dużo ludzi - rodzina, znajomi i uczestnicy Jerycha. Stan naszego syna podczas tej 24 godzinnej modlitwy, z godziny na godzinę bardzo się poprawiał. Lekarze byli zaskoczeni, ale i bardzo zadowoleni - wiedzieli, że to nie jest tylko ich zasługa. Późnym wieczorem w poniedziałek wróciły wszystkie funkcje życiowe, odłączono synowi prawie wszystkie aparaty oprócz jednego, kontrolującego pracę serca. Było coraz lepiej - tak dobrze, że we wtorek zdecydowano postawić Adama na nogi i pozwolić na krótki spacer. TO BYŁ CUD. Lekarze byli i są zdziwieni. Pani profesor powiedziała, że pacjenci po zatrzymaniu akcji serca, przy najlepszych rokowaniach, nawet po trzech miesiącach leczenia są w gorszym stanie, niż nasz syn po trzech dniach pobytu w szpitalu. Gdy kończyliśmy o 15.00 we wtorek Jerycho Różańcowe do Św. Rocha, wiedziałam że będzie dobrze, że Św. Roch skutecznie wstawił się za nami. Nasz syn mówił, uśmiechał się, poznawał nas, mógł chodzić. Wiem, że tylko z Panem wszystko jest możliwe, trzeba tylko zaufać i zawierzyć Jemu całkowicie, bez warunków i zastrzeżeń. Poddać się Jego woli, pozwolić Mu działać. Gdy wieczorem córka zaczęła mi opowiadać, co się stało Adamowi, że upadł w sklepie, reanimował go chłopak pracujący w Straży Pożarnej, że karetka przyjechała w ciągu 5 minut, że na SOR w wyszkowskim szpitalu był akurat lekarz kardiolog z Anina, który przyjeżdża tu na dyżur tylko raz w miesiącu na kilka godzin, i to on przewiózł syna do Instytutu, jeszcze bardziej upewniłam się w tym ,że będzie dobrze. Mój syn będzie żył, bo w życiu nie ma przypadków, wszystko dzieje się po coś. Bóg doświadcza nas w różny sposób, ale w trudnych chwilach stawia na naszej drodze odpowiednich ludzi. 

10 września 2018 r. synowa urodziła śliczną córeczkę a 13 września cała trójka wróciła do domu. Płakaliśmy wszyscy i dziękowaliśmy Bogu, że nasz syn może cieszyć się swoją rodziną a oni nim. 

Rok po tym dramatycznym wydarzeniu nasz syn jest w pełni sprawnym młodym człowiekiem.

Jezu, Ufam Tobie! Święty Rochu wstawiaj się za nami!

                                                                                   Joanna



Świadectwo II

    Dziś tu w Sadykrzu, chcemy złożyć świadectwo. Świadectwo uzdrowienia Naszej Córeczki i Naszego Małżeństwa. Za wstawiennictwem - Twoim Święty Rochu. Dzięki stojącym tu relikwiom czujemy Twoją obecność. 

    20 listopada 2017 roku Bóg obdarował Nas cudowną dziewczynką. Dzieckiem, które odmieniło całe Nasze życie i scaliło małżeństwo. W dniu  porodu towarzyszyła Nam wielka radość. W domu był już syn, a teraz córka, któżby się nie cieszył. Mąż robił zdjęcia- wysyłał rodzicom, znajomym, aby podzielić się naszym szczęściem. Czekałam na moment kiedy przytulę swoją kruszynkę. Pielęgniarka przywiozła wózeczkiem dziecko. Chciałam Ją przewinąć- bardzo się zaniepokoiłam. Moja córka po porodzie otrzymała 10 punktów, ale nie rusza nóżkami. Pomyślałam, Boże co się dzieje? Po badaniach skierowano Nas do szpitala w Międzylesiu. Byliśmy załamani!! Lęk, płacz, bunt, żal do lekarza prowadzącego ciążę. Wszystko mogło potoczyć się inaczej, ale cóż. Bóg miał swój plan na Naszą rodzinę, a nam pozostało przyjąć Jego wolę. Łatwe to nie było. Pretensja, dlaczego to właśnie Nas spotkało! Córeczka miała 11 dni, kiedy trafiła pod opiekę onkologiczną. Rozpoznanie choroby zwalało z nóg. Ogromny guz- nowotwór złośliwy o nazwie Neuroblastoma. Lekarka poinformowała Nas o możliwości powikłań leczenia onkologicznego ze skutkiem śmiertelnym włącznie. Na dodatek guz był nieoperacyjny. W głowie pustka i nawał pytań- Boże dając nam ten dodatek na plecy, daj nam siłę i nadzieję. Prosiliśmy, płakaliśmy i nadzieja przyszła. Wdrożono chemię i odezwał się Święty Roch, ten sam który towarzyszył Ks. Cezaremu, bo choroba Księdza zbiegła się z chorobą Naszej córeczki. Zaczął działać. Ruszyły modlitwy, posty, obcy ludzie zaczęli się modlić przed 24 h za wstawiennictwem Św. Rocha z Sadykrza. Oni nas nie znali, a my ich. Guz zaczął maleć. Podjęto decyzję o operacji. Usunięto go, ale niestety przez guz nerwy nie ukształtowały się tak jak powinny, dlatego Nasza córeczka nie chodzi. Ale żyje, a my nie wyobrażamy sobie życia bez Niej. Komórki rakowe zniknęły. Ktoś powie, ale nie chodzi, ale My nie ukrywamy przed Świętym Rochem, że czekamy na więcej. Jeżeli będzie to zgodnie z Wolą Bożą. Dziękujemy Święty Rochu że nie ma już raka. Nas nawróciła Nasza córeczka. To cierpienie, które poniosła nie może być zmarnowane. Zmieniliśmy tok myślenia. Już nie musimy być jak każdy, nie wzorujemy się na innych. Dziś Bóg jest na pierwszym miejscu, bo jak Bóg jest na pierwszym miejscu to wszystko jest na swoim miejscu. 

    Nasza córka jest dzieckiem Jerycha, tak ją nazywają w grupie Św. Rocha, do tej grupy dołączyliśmy z mężem. Modlimy się 24 h, jak trzeba też pościmy o chlebie i wodzie za innych, chorych, zrozpaczonych. Spłacając dług modlitwy. Grupa Jerycha Św. Rocha z Sadykrza wspiera Nas modlitwą, przyjaźnią, czujemy się jak w rodzinie. Modlą się o siły dla Nas, o Bożych lekarzy, rehabilitantów, życzliwych ludzi. Ilu ludzi tyle krzyży- nie bój sie Krzyża bo w końcu odkryjesz, że może być błogosławieństwem. Święty Rochu tu w tym małym kościółku czynisz wielkie rzeczy. Wstawiaj się za Naszą rodziną, niech Nasza wiara rośnie na Chwałę Bogu, a ludziom ku świadectwu pokazując, że nawet w cierpieniu jest radość Boża. 

    Pragnę podziękować wszystkim ludziom, którzy modlili się za Naszą córeczkę, grupie Św. Rocha, Ks. Cezaremu bo gdyby nie było jego uzdrowienia to i Nas na pewno by tu nie było. Dziękuję Pani Marysi i Agnieszce. Bóg zapłać Wam wszystkim. CHWAŁA PANU, DZIĘKUJEMY CI ROCHU.

                                      Olga i Adrian 



Świadectwo III

                                                                                                                                                                                    Sadykierz, 22.11.2019


    Dzisiejszego wieczoru, tu przed Panem Jezusem, w obecności Św. Rocha chciałem złożyć świadectwo ludzkiej kruchości życia i wstawiennictwa Świętych.

    Moim pośrednikiem był św. Roch. To On, z całą grupą ludzi modlących się za Jego wstawiennictwem, wyprosił mi u Boga uzdrowienie.

    Był pierwszy piątek miesiąca, 5 lipca. Lipiec to miesiąc Krwi Chrystusa. Zaplanowany dzień, a nawet tydzień. Żadnych przeczuć, proroczych snów. Praca jak zawsze. Zbliżała się godz. 14.00, więc trzeba pospieszyć z pracą, bo do założenia zostały krokwie na budynku. I pośpieszyliśmy. Dziś wszyscy się spieszą i nie mają czasu. Od małego do starca, nikt nie ma czasu… Tylko, kto nam to wmówił? Pośpiech był przyczyną mojego wypadku – spadłem z wysokości 4 metrów i wszystkie moje plany legły w gruzach. Leżałem na kantówkach, na oczach moich bliskich i pracowników, bezradny…

Dziś mogę powiedzieć: Chcesz rozśmieszyć Pana Boga, to powiedz Mu o swoich planach.

 A ja miałem na sobotę wielkie plany, chciałem zdążyć…

Nie mogłem wstać, bo traciłem przytomność. Ok. 14.30 wieziono mnie do szpitala. Towarzyszył mi lęk, że nie będę chodził, ból i rozpacz. W szpitalu badania, prześwietlenie i diagnoza: pękniecie kręgu szyjnego, potłuczenia nóg…  

Byłem przerażony – Boże, co to będzie w sobotę!? Przecież miałem, jak co rocznie witać pątników 18 Pieszej Pielgrzymki z Ostrołęki przez Goworowo – Długosiodło – Rząśnik do Niepokalanowa w intencji „O trzeźwość narodu polskiego.” Chciałem uczestniczyć w tych uroczystościach i zabrać do domu na nocleg kilka osób. To było pragnienie mojego serca.

Można powiedzieć, że jestem weteranem Jerycha św. Rocha, więc nie zostałem sam w cierpieniu. O godz. 21.00 ruszyło Jerycho o moje uzdrowienie. Grupa się modliła, a ja leżałem w domu, na łóżku z bólem, który momentami był nie do zniesienia. Miałem problemy z poruszaniem nogami i częściowo rękami. Każde podniesienie głowy powodowało utratę przytomności. Noc mijała, a ból się nasilał. Rano wezwano karetkę. Podano mi zastrzyki… i co dalej człowieku… leż i płacz…

Modliłem się, prosiłem Pana Jezusa i Najświętszą Panienkę, abym mógł wstać i jechać do Rząśnika na powitanie Pielgrzymów. Człowiek w cierpieniu zaczyna dostrzegać inne wartości życia, te niewidoczne w pogoni dnia codziennego. Wszystko przecież mogło potoczyć się zupełnie inaczej…  Ludzie spadają z wysokości 1 metra i umierają, a ja z 4 m i takie małe obrażenia. Bóg ma plan dla każdego i dla mnie też miał… Odczułem łaskę wstawienniczą św. Rocha.

Mijały godziny bólu. Nie marnowałem go, ofiarowywałem za dusze czyśćcowe. W Koronce do Miłosierdzia Bożego prosiłem: Podnieś mnie Jezu! I podniósł! Nie mogłem dopuścić do siebie myśli, że nie wstanę.

Jerycho nadal trwa, jest godzina 16.30, zaczynam próbę wstawania. O 16.40 podniosłem się z łóżka i powolutku zacząłem stawiać nogi. Ku zdziwieniu rodziny i pracowników – wstałem. Ból był duży. Poszedłem na własnych nogach do samochodu, odpaliłem i pojechałem na uroczystości. Ból ustąpił jak weszła Pielgrzymka. Przywitałem ją, wziąłem udział we Mszy św. Wiara czyni cuda i w tym cudzie brałem udział. Po uroczystościach zabrałem kilku pielgrzymów na nocleg, bo jak Gość w dom, to Bóg w dom

Dziękuję Ci św. Rochu, mój orędowniku, za to, że gromadzisz ludzi modlitwy; za chorych, cierpiących. A sam zanosisz nasze błagania przed Boga tron. Twoje Jerycho to telegram do nieba, a my jesteśmy czcionkami.

Nie spieszmy się, miejmy czas na modlitwę, na drugiego człowieka i adorację Jezusa w Najświętszym Sakramencie.

Boży plan jest dla każdego z nas często inny niż ten nasz zaplanowany, ale powinniśmy go odkrywać i żyć zgodnie z wolą Bożą, bo Ona jest dla nas najlepsza.

Cóż więcej pisać, chwała PANU!!!

                                                                                                                                       Zbyszek